Wybierz krzesło ergonomiczne z naszej oferty. Mój pierwszy raz z sushi
Pewnego dnia wybrałem się wraz z moją dziewczyną na wizytę u przyjaciół. Spotkania w tym gronie uskutecznialiśmy już od dłuższego czasu, ponieważ znajomość nasza trwa od czasów początków szkoły średniej i w zależności od wieku wyglądały one różnie. Ponieważ poznaliśmy się w pierwszych klasach technikum nasze pierwsze wyjścia nie były specjalnie eleganckie. Myślę, że nie ma sensu wchodzić w szczegóły. Teraz, gdy wszyscy zaczęliśmy już jakiś czas temu samodzielne życia nagle okazało się, że każdy dobiera wino do dania, piwo pijemy pszeniczne czy niepasteryzowane, a same posiłki też zaczęły być jakby bardziej wyrafinowane niż kebab o 3.00 nad ranem.
Ale wracając do tematu… Przed wyjściem dopadły nas pewne wątpliwości. Wanda i Wojtek, nasi gospodarze, zapowiedzieli, że na kolację będziemy jeść sushi. Jako osoby, co prawda ciekawe świata ale czasem kapkę sceptyczne, ujrzeliśmy oczami wyobraźni siebie jedzących surową rybę z wodorostem. Zimne rybie mięso powodowało tam odruch wymiotny potęgowany przyklejonym do podniebienia kawałkiem morskiego zielska. Taka wizja nie była oczywiście specjalnie kusząca, no ale jak powiedzieć goszczącym nas przyjaciołom, że wszystko, co przygotowali kojarzy się z błyskawicznym biegiem do ubikacji? Po drodze Powiedziałem mojej Madzi, że się oznajmić tego po prostu nie da i trzeba będzie twardo wcinać co podadzą. Na miejscu rozpakowaliśmy pszeniczne piwa, przywitaliśmy się z resztą gości, którzy okazali się również doświadczonymi zjadaczami japońskiego dania. No i czekaliśmy jak na wykonanie wyroku. Na pociechę dowiedzieliśmy się, że ryba będzie wędzona, a co poniektóre rolki będą w ogóle wegetariańskie. Mimo to patrzyliśmy na skręcane na stole maki jak skazańcy na krzesło elektryczne. Na pociechę został tylko alkohol oraz zdawkowe żarty i nerwowe dowcipkowanie. No i sushi pojawiło się na stole. Pierwsze wrażenie, to odczucie wizualnego kontrastu w stosunku do tego, co widzi w przeciętną niedzielę Polak. Kotlet, z ziemniakami i buraczkami w ilościach zawalających cały talerz, został zastąpiony kilkunastoma małymi krążkami, poukładanymi na talerzykach, do tego kilka miseczek na sosy. Estetyczny minimalizm, zamiast kolorokalorycznego ekspresjonizmu. Wygląda ładnie, nie ma surowej ryby ale wciąż istnieje groźba wodorostu. Obsługa pałeczek jest mi rzeczą kompletnie obcą ale na szczęście dzień wcześniej google powiedziały mi, że sushi można równie dobrze jeść palcami. Wziąłem wreszcie kawałek do ręki, przeżegnałem się nim i włożyłem do ust. Dziwne, nori okazało się faktycznie dziwne w smaku ale w połączeniu z ryżem, wędzonym łososiem i ogórkiem wydawał się składnikiem idealnym. Po pierwszym kawałku jakoś tak niepewność jeszcze została ale zmieniła się ona w takie zwątpienie pozytywne, zwane czasem ciekawością. Dowiedziałem się, że to „łyse” nazywa się california i właśnie takie sushi było moim następnym. Tym razem między talerzykiem, a moimi ustami krążek zahaczył o sos czosnkowy. Też okazało się pyszne i takie nowe. U mojej Magdy również zauważyłem pozytywne zaskoczenie i zauważyłem, że wypróbowuje różne kombinacje sushi i sosów. Ja, przed chwilą jeszcze przerażony myślą o różnych morskich organizmach w moim ciele, po kilku kawałkach zacząłem żałować, że jest to tak sycące i po prostu nie dam rady zjeść więcej. Sushi jest tak odmienne od jedzenia, do którego przyzwyczaiłem się przez lata, że aż ciężko uwierzyć, że to może smakować, i że tak niewiele wystarczy, by się najeść do syta.
Na następny dzień wraz z Madzią mieliśmy od rana ochotę na choć mały kawałek japońskiego dania i staliśmy się, można rzec „zajadłymi”, fanami sushi. Nic dziwnego więc, że w tej chwili trzy osoby z opisywanego spotkania współtworzą serwis o sushi.
Powiązane wpisy
- Prosty przepis na sushi Aby zrobić nasze pierwsze sushi powinniśmy przeznaczyć na to, z...
- Historia sushi Większość ludzi gdy słyszy słowo sushi od razu myśli o...
- Sushi na wigilijnym stole? Tradycja – rzecz święta. Prawdą jest również to, że świat...

















